Mimo że już mamy grudzień, atmosfera jest jednak nadal bardziej jesienna. Rankami pogrążone w zimnej i mlecznej mgle ulice, popołudniami tchną ciężką melancholią. To jest ta pora na rozmyślania nad sensem życia, tęsknota za wieczorami z kubkiem gorącej herbaty. Debiut Kari Amirian idealnie komponuje się z nastrojem smutków, rozłąk i dobrych wspomnień.
Okrzyknięta nadzieją polskiego indie, odpowiedzią na Lykke Li, a nawet Bjork, Kari nie na darmo zbiera same pochwały. Nie chcąc być jednak niczyją kopią, udało się jej stworzyć wyjątkowo dojrzały jak na debiut album, pełny skandynawskich odniesień, popowej melodyki i wrażliwości. Oczywiście, że można by tu porównywać ją z wyżej wymienionymi gwiazdami, jednak jeszcze przed wydaniem płyty stała się taką indywidualnością, że i jej muzykę należy rozpatrywać w kategoriach odrębnych od jakichkolwiek zestawień. Mieszając melancholię z indie folkową stylistyką panna Amirian osiągnęła na Daddy Says I’m Special efekt urzekającej kobiecej opowieści.
Jej siłą jest przede wszystkim ta melancholia, przebijająca się nawet w żywszych kawałkach. Pierwszym, jaki natychmiast zwraca uwagę, jest „Anew” z żywym, perkusyjnym rytmem okraszonym wysokimi klawiszami i subtelną linią smyczków. Poza użyciem tych ostatnich, co zaowocowało wyjątkowo intymnym klimatem płyty, najsilniejszym atutem jest tutaj wokal. Kari ma niezwykle zmysłowy, snujący się głos i nawet w wyższych partiach potrafi urzec swoją niekłamaną słodyczą, a nawet figlarnością. Ta ostatnia cechuje bardziej popowe piosenki na albumie jak „Fightback” czy „Let’s Go Chasing Butterflies”, gdzie niespodziewanie znika melancholia, a na jej miejsce pojawia się odrobinę eteryczne, ale beztroskie pragnienie cieplejszych dni. Mimo że to krążek idealny na zimę, gdy siedzi się zaplątanym w pościeli, herbata paruje, a za oknem szaruga, to jednak jest w nim paradoksalnie wiele radości. Czuje się w końcu to słoneczne rozmarzenie w „Dreamer”, kawałku opartym na żywej perkusji i prostej gitarze akustycznej, idealnym na wczesne lato.
Wyczucie, z jakim została nagrana ta płyta, łącząca w sobie skandynawski chłód i nostalgię za czyjąś bliskością z dziewczęcymi marzeniami o miłości („Jump Into My Heart And Stay”), budzi podziw. Kari zaprasza w raczej smutną, pełną tajemnic podróż, jak ta z „A Little B.”, wypełniona delikatnymi klawiszami, cichym, trochę szemranym wokalem i ciężką perkusją. Podobnie rzecz ma się z chyba najpiękniejszą na płycie „The Winter Is Back”, gdzie połączenie niskich tonów skrzypiec i delikatnie melodyjnych klawiszy z sentymentalnym tekstem daje pełny obraz płyty. Kari najpierw niemal szepcze, potem w refrenie śpiewa wysokim głosem tak pięknie, że chce się zamknąć oczy i popłynąć wraz z nurtem tej opowieści. Warstwa tekstowa to zasługa męża wokalistki, słynnego kompozytora i producenta Roberta Amiriana, dlatego nie powinna dziwić spójność piosenek.
Debiutując tak przemyślaną, kobiecą płytą Kari postawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Skandynawskie, modne dziś inspiracje tylko dodają jej smaku i ugruntowują mocną pozycję w rankingach portali muzycznych. Dzień przed Mikołajkami była premiera Daddy Says I’m Special, dlatego czym prędzej warto się w nią zaopatrzyć i smętne grudniowe wieczory zmienić w rozkoszny, subtelny czas.
8/10
Monika Pomijan

0 komentarze:
Post a Comment
"Czytelniku" tudzież "przypadkowa osobo", jeśli naprawdę chcesz zostawić komentarz, to zrób to, bo dlaczego nie? Mamy jednak do Ciebie prośbę - podpisz się pod swoim postem. pozdrawiamy, ekipa FYH!